• Instagram
  • YouTube

Dumna mama wygodnego projektu

Powiem Wam, że gdybym miała świadomość, ile to roboty i z czym przyjdzie mi się zmierzyć, to nie wiem, czy miałabym odwagę zaczynać. Wiele razy w moim życiu zabierałam się za różne rzeczy z potężnym entuzjazmem i zerowym pojęciem, w co się pakuję! I tak też było z takwygodnie.pl

 

Kiedy dzisiaj myślę o tym, w jakim „twórczym” szale powstawał mój sklep, to aż mi się łezka w oku kręci. Finisz prac nad stroną przypadał na dni, w których nagrywałam jeszcze „Misję ratunkową” – pamiętam, że byłam wtedy w Zwierzyńcu, pracowałam po 8-9 godzin na planie, po czym wracałam do hotelu i napie… do świtu 🙂 I dziękowałam opatrzności, że jestem w hotelu, bo przynajmniej nie miałam wyrzutów sumienia, że warczę na Rysia i Sławka i zaniedbuję rodzinę 🙂 

Ale strona to był pryszcz w porównaniu z wcześniejszym etapem – bo o ile koncepcje, moodboardy i kroje miałam pięknie przygotowane, to przełożenie tego wszystkiego na właściwe tkaniny, konstrukcje i proporcje to już była wyższa szkoła jazdy. Tylko dzięki nieocenionej pomocy Oli Małeckiej-Jarochy ze szwalni MadSis to wszystko się udało. Bo okazało się, że najtrudniejsze rzeczy są najprostsze. Bo wyobraźcie sobie, że nasze genialne spodnie z wysokim stanem SOLE i LUNA, które pięknie dyscyplinują boczki i brzuch, miały tylko jeden, od razu udany prototyp. Za to prosty – wydawałoby się – t-shirt NEVE powstawał kilka razy w różnych wariantach, z różnych tkanin. 

Niezastąpione Marta i Ola

Była też cała strona budżetowo-logistyczna. Kalkulacja cen, żeby były – jak to mówią Włosi – „ragionevoli”, sensowne, adekwatne, rozsądne. Zamówienia materiału, prosto od producenta, więc po 100-200 metrów bieżących. Każda faktura za takie zamówienie zerowała moje konto i przyprawiała mnie o bezsenność. Czy uda się te ubrania sprzedać? Czy nie zostanę z tym wszystkim i bez oszczędności? Gdyby nie wsparcie Marty Małeckiej ze strony 4 Values, mojego logistycznego partnera, wyłożyłabym się koncertowo wiele razy. Dzięki temu, że Marta podzieliła się ze mną swoim doświadczeniem, to wszystko mogło się udać. I to dzięki Marcie nie korzystamy w magazynie z jednorazowych foliowych czy celofanowych woreczków na ubrania, tylko mamy w magazynie duże, zbiorcze kontenery chroniące ubrania. I chwalimy się tym, że w całym procesie naszej logistyki nie używamy wcale jednorazowego plastiku. Jedyne, co zostaje, to fajne i solidne pudełko, które można poddać recyclingowi, albo – jeszcze lepiej – wykorzystać do innych celów. 

 

Sesje zdjęciowe z moimi najlepszymi na świecie przyjaciółkami-modelkami, sesje samych ubrań na manekinach, konta bankowe, księgowość, umowy z firmami procedującymi płatności, ustalanie rozmiarówki, 16 rozmiarów spodni (4 wszerz i 3 na długość), przy których się upierałam, chociaż wszyscy gorąco mi to odradzali. Obsługa klienta, procedury, system do obsługi tego wszystkiego. Metki, zawieszki, pudełka, logotyp, identyfikacja wizualna, karteczki dla klientów dokładane do zamówień, bibuła do pakowania i naklejki. Kampanie reklamowe w mediach społecznościowych, budżety, kody i nazwy produktów. Miliony małych i dużych decyzji codziennie, przez wiele tygodni. I co najgorsze ZERO doświadczeń, na bazie których mogłabym te decyzje podejmować.

I choć otaczało mnie mnóstwo życzliwych ludzi, którzy na każdym etapie mnie wspierali i wspomagali – z moim niezawodnym teamem Ludwiką i Kasią na czele – to jednak zrobiłam to sama i dziś myślę o sobie z dumą i podziwem, że dałam radę!

 

Ludwika i Kasia

I wtedy, na pełnej prędkości zderzyłam się czołowo z…

…takim bezinteresownym, złośliwym, rozżalonym hejtem. Pełnym złości, zazdrości, złej woli i jadu. I na to kompletnie nie byłam przygotowana. Włożyłam w projekt Wygodnie tyle czasu, pracy, wysiłku, pieniędzy i serca, a część kobiet, dla których robiłam to wszystko, zmieszała mnie z błotem. I powiem Wam szczerze: przestały mnie cieszyć setki spływających zamówień; to, że mogłam domawiać szycie coraz to kolejnych dostaw; że faktury od dostawców przestały mi spędzać sen z powiek. Bo nie miałam już siły odpowiadać na zaczepki, krytykę, pretensje, że przecież legginsy w Pepco kosztują 29 zł i chyba oszalałam. Że legginsy nie są z organicznej bawełny, bo wtedy byłyby przyjazne dla środowiska. Że czarne i białe ubrania są smutne i nietwarzowe, a legginsy powinny być co najmniej w 4 kolorach. Wszystko pisane przez ludzi, którzy nie mają bladego pojęcia o cenach tkanin, o kosztach pracy w polskiej szwalni, o tym, jakie są koszty uruchomienia i prowadzenia firmy i jakie wiążą się z tym ograniczenia. Opadłam z sił i naprawdę straciłam do tego wszystkiego serce i chociaż sklep pięknie się rozwijał, to utopiona w tej złej energii nie umiałam się z tego cieszyć. Pierwsze urodziny sklepu minęły niezauważone. A przecież na tak trudnym, konkurencyjnym rynku przetrwać i rozwijać się przez rok to przecież KOLOSALNY SUKCES! I powinnam go świętować co najmniej wielką butlą szampana i truskawkami!

 

I chyba zauważyła to Marta, która na jednym z naszych spotkań powiedziała: „wiesz, to twoje Wygodnie to takie bardzo udane, ale niekochane dziecko”. Powiem Wam, że dosłownie dała mi w twarz tym zdaniem, bo ono było bardzo trafne. Mocno mnie otrzeźwiło i dało mi siłę, żeby ruszyć dalej. Dlatego dziś mogę się z Wami dzielić nowymi, pięknymi, energetycznymi kolorami – kobaltowym, fuksją i pięknym, bladym żółtym. Dlatego powstają nowe modele takie jak genialna LINDA, która ma wiele zastosowań. Dlatego już pracuję nad pomysłami na jesień i dlatego też wypuściłam piękne, radosne koszulki na dobry dzień. I jestem pełna wdzięczności za to, że dzięki Wam, dzięki temu, że nosicie i kupujecie moje wygodne modele, mogę już lada moment poszerzyć rozmiarówkę tak, żeby nie wykluczać ze sklepu ani najszczuplejszych ani naprawdę pełnych kształtów!

 

Nie czytam już złośliwych komentarzy (cierpliwe odpowiadanie na takie zaczepki bierze na siebie Kasia), cieszę się każdą miłą wiadomością od Was (a jest ich mnóstwo), pękam z dumy, że takwygodnie.pl tak wspaniale się rozwija i kwitnie i że klientki nie tylko do mnie wracają, ale też przyprowadzają koleżanki, mamy, a nawet babcie. I nie mogę się doczekać, aż (jeśli tylko sytuacja pozwoli) za kilka tygodni otworzę przed Wami progi naszego showroomu w Warszawie, gdzie w jeden weekend w miesiącu będziemy się spotykać przy kawce na mierzenie, doradzanie, stylizowanie i najwygodniejsze zakupy!

Dziękuję za to, że jesteście ze mną w tej pięknej przygodzie!

A na koniec jeszcze słówko. Publikuję ten post w Dniu Mamy. I jestem przekonana, że moja Mama byłaby ze mnie i z mojego Wygodnie szalenie dumna. Bo kiedy byłam młodszym i starszym dzieckiem, marzyłam o tym, żeby zostać projektantką mody. Rysowałam przeróżne kolorowe sukienki, projektowałam kostiumy do różnych popularnych akurat piosenek, wyobrażając sobie, że założą je na scenie tancerze Madonny czy innych gwiazd. Przeglądałam kolorowe magazyny modowe i w pewnym momencie byłam w stanie bez trudu rozpoznać na pierwszy rzut oka kreacje z kolekcji wszystkich czołowych projektantów. Siadałam do maszyny i godzinami szyłam, z różnym powodzeniem przekładając wizje z mojej głowy na rzeczywistość. 

A co ma z tym wspólnego moja mama? Kupowała mi wymarzone kredki w 36 kolorach, które po pociągnięciu wodą zmieniały się w akwarele i dodawały lekkości moim rysunkom. Wysupływała naprawdę ostatnie pieniądze na drogie zagraniczne magazyny modowe, które kartkowałam godzinami i które mam do dziś. Zapisała mnie na kurs kroju i szycia, żebym nauczyła się choć podstaw. I zawsze we mnie wierzyła.

I choć nigdy nie przyjdzie mi do głowy sięgać choć do kostek prawdziwym projektantom, to cieszę się, że udaje mi się tworzyć wygodne, fajne ubrania, które ma już w domu kilka tysięcy klientek! I żałuję jedynie, że Mama nie dożyła tego sukcesu, bo byłaby moją honorową modelką!

Materiał powstał przy współpracy z firmą:

Zostaw komentarz