• Instagram
  • YouTube

Dziecięca sztuka, jak ją pokazać?

Zaczęła się szkoła, ruszyły przedszkola, a wraz z nimi napływ dziecięcej twórczości, głównie z zajęć plastycznych, choć nie tylko. Zawsze żal było mi się rozstawać z pracami Rysia i gdybym mogła, zatrzymałabym wszystko. Znalazłam jednak sposób na selekcję tego, co naprawdę warto zostawić, a dodatkowo podzielę się z Wami kilkoma patentami na to, jak dziecięcą sztukę eksponować.

Co zostawić, a co pożegnać?

Kiedy Rysio przynosił z przedszkola ledwo pobazgraną kartkę, ja już byłam wzruszona, „jak pięknie narysował” i byłam gotowa to „dzieło” oprawić i zachować dla potomności. Tyle tylko, że na te rysunki musiałabym chyba mieć dodatkowy pokój, nie mówiąc o tym, że na cholerę mi jednak każdy taki „bazgrołek”. Natomiast co jest bazgrołkiem, a co nie jest, najlepiej weryfikuje czas. Składałam więc zawsze wszystko do jednego sporego pudła, które leżało zawsze gdzieś pod ręką, żeby uzupełniać je na bieżąco, a kiedy pudło się zapełniało, przeglądałam je, wybierając co lepsze dzieła. Bo z czasem z całej tej masy łatwiej wyłowić takie rzeczy, które albo zapamiętaliśmy z jakiegoś powodu, albo które się wyróżniają, czyli mówiąc brutalnie „oddzielić ziarna od plew”.

Czas pozwala nam na prace dzieci spojrzeć nieco bardziej trzeźwym okiem i zostawić tylko to, co naprawdę za kilkadziesiąt lat sprawi nam frajdę podczas przeglądania. Dodatkowo czas szybko weryfikuje, czy niektóre prace przetrwają, bo wiele z nich niestety rozpada się, wysycha, łamie, kruszy. Często ze względu na użyte techniki te dzieła nie są w stanie przetrwać próby czasu i zamieniają się w… kupkę śmieci. Wtedy to bardziej smutny niż sentymentalny obrazek i naprawdę nie ma co tego trzymać.

Wyselekcjonowane prace pakuję do teczek i oznaczam je rokiem, z którego pochodzą. W ten sposób powstało pudełko „przedszkole” zawierające prace z tamtego okresu oraz drugie „pierwsze klasy” z pierwszych lat podstawówki. A teraz powoli zapełniam kolejne.

Dlaczego warto te prace trzymać (bo wiem, że są ludzie, którzy twardo wyrzucają wszystko poza powiedzmy laurkami „z okazji”. Dlatego że to później wielka frajda. Moja mama zbierała kiedyś rysunki mojego kolegi z przedszkola. Były bardzo piękne, a co ważne – mimo że ich autor miał zaledwie 3 lata – były też okraszone wielkim podpisem autora: JAN. I kiedy Jaś rzeczywiście stawał się Janem, dostał od nas w prezencie cały segregator swoich rysunków – a wyobraźcie sobie, że w końcu Jan został architektem, więc pamiątka tym bardziej znacząca. Mama zbierała też moje rysunki w czasach, kiedy miałam „naście” lat i marzyłam o tym, żeby zostać projektantką mody. To marzenie spełniło się częściowo, bo może wielką projektantką nie jestem, ale mam jednak swoją wygodną markę modową. A po wizytach w paru pracowniach prawdziwych projektantów mogę śmiało powiedzieć, że nawet na początku liceum nie rysowałam wcale gorzej niż niektórzy z nich. Więc te „rodzynki” naprawdę warto trzymać.

Do innej kategorii trafiają ozdoby świąteczne – one mają swoje miejsce wśród bombek, łańcuchów i lampek. Stają się coroczną ozdobą choinki – to wielka frajda oglądać te robione jeszcze niewprawną ręką aniołki i koszyczki. A jeszcze większa widzieć, jak z roku na rok ozdoby stawały się piękniejsze i dokładniej wykonane.

Co wyeksponować… i jak?

Staram się, żeby prace Rysia były częścią wystroju naszego domu. Na stałe wisi w ramce jego pierwsza praca: odcisk stópki i rączki wykonany z okazji pierwszego Dnia Ojca, czyli kiedy Ryś miał pół roku. Nigdy nie wpadajcie na takie genialne pomysły, żeby kłaść półroczne dziecko na przewijaku i malować mu stópkę i rączkę farbą (sprawdziłam, bezpieczna). Bo okazuje się, że po wykonaniu „odcisku” na kartce dziecko rączką i nóżką macha we wszystkie strony i zanim zdążycie się obejrzeć, cała łazienka jest pięknie wymalowana… I dziecko też.

Tak czy siak późniejsze malunki Rysia są z nami i mają swoje znaczące miejsce. Oto parę pomysłów na to, jak możecie docenić talent swoich dzieci.

Ramy łatwe do dopasowania

Nie ukrywajmy, rama potrafi dodać nawet najskromniejszej pracy odpowiedniej oprawy. W ramie wszystko od razu wygląda poważniej. Mam więc zestaw kilku ramek w formacie A4 oraz A3 na te większe prace. Ramy wiszą na stałe w kuchni, a że są lekkie (bo zamiast szyby mają plexi), do utrzymania ich wystarczy zwykły gwoździk albo naklejany haczyk. Wystrój tej galerii zmienia się i zależy głównie od samego artysty, który z czasem zaczyna wstydzić się swoich dzieł z poprzedniego okresu twórczości (ach, ta sztuka naiwna!) i żąda zmiany ekspozycji. Musi więc dostarczyć kolejne dzieła, bo przecież galeria nie może stać pusta. Jedne prace są zatem zastępowane przez kolejne i galeria jest w ciągłym ruchu. Ramki kupiłam w IKEA, kosztują ok. 8 zł za sztukę, więc można sobie pozwolić na cały zapas.

Zawieszka na wszystko

Kiedyś pokazywałam Wam pomysł na wykorzystanie biurowych podkładek, takich z klipsem (KLIKNIJ TUTAJ, żeby przenieść się do wpisu pt. „Biurowe przedmioty, które służą w domu”). To super sposób nie tylko na ekspozycję, ale i gromadzenie, bo prace mogą wisieć jedne na drugich, tak, by bez trudu móc je zamieniać w zależności od nastroju. Ale jest jeszcze łatwiejszy sposób: zwykł klips do papieru. Można je zamocować na przeźroczystych haczykach samoprzylepnych i umieścić dosłownie wszędzie i to jednym ruchem. Dodatkowy plus jest taki, że spinaczem można przypiąć prace w różnym formacie (te o dziwnych kształtach i trójwymiarowe też). Pamiętajcie jednak, że prace na kartce lepiej będą się prezentować jeśli pod spód podepniecie nieco sztwyniejszy kartonik.

Na magnes

Kiedy nie mam czasu bawić się w oprawianie, a chcę mieć na widoku coś, co szczególnie mi się spodobało, wieszam rysunek na lodówce albo na tablicy magnetycznej koło mojego biurka. Ważne jednak, żeby praca była ładnie wyeksponowana, nie jedno na drugim dociśnięte pamiątkowym magnesem z Egiptu, ale starannie zamocowane na każdym rogu i w ładnym, uporządkowanym otoczeniu. W końcu prawdziwych dzieł nie można traktować po macoszemu!

Jeśli planujecie naprawdę efektowną dekorację, to na przykład w Empiku, możecie kupić podobrazie, czyli bawełniane płótno naciągnięte na drewnianą ramę. Jest mnóstwo formatów do wyboru: od tych zupełnie maleńkich po naprawdę ogromne. Takie obrazy łatwo zawiesić (bo trzymają się na wewnętrzej ramce i są lekkie), a jeśli namalowane na nich dzieła przetrwają próbę czasu można zafundować im eleganckie, drewniane ramy.

Napiszcie mi koniecznie w komentarzach jak eksponujecie prace swoich dzieci i jak radzicie sobie z selekcją takich prac. Ja mam tylko Rysia i co najmniej 4 mini-galerie, więc domyślam się, że przy kilku pociechach macie w domu prawdziwe muzea sztuki współczesnej 🙂

Zostaw komentarz